wtorek, 10 maja 2016

Gra o tron - sezon 6, odcinki 1-3

Tuż po premierze pierwszego odcinka najnowszego sezonu "Gry o tron", w trakcie bardzo nudnego wykładu machnęłam umiarkowanie zjadliwą recenzję powyższego. Z tekstu byłam dość zadowolona, aczkolwiek, jako że spłodziłam go za pomocą pióra i zeszytu, nie udało mi się znaleźć czasu na to, żeby przetworzyć go na formę elektroniczną. Kiedy w końcu mogłam się za to zabrać, było już po premierze odcinka numer dwa, więc stwierdziłam, że publikacja nie ma sensu. W tym momencie ukazały się już trzy odcinki, więc szczegółowa recenzja pierwszego byłaby dosyć mocno spóźniona. Dlatego postanowiłam podzielić się kilkoma, bardzo luźnymi przemyśleniami na temat obejrzanej części sezonu. Zawiera spoilery!

They're taking the hobbits to Isengard!

poniedziałek, 9 maja 2016

Smokon 2016


Zeszłą sobotę miałam okazję spędzić w krakowskiej Artetece uczestnicząc w trzeciej edycji minikonwentu Smokon. Decyzję o udziale podjęłam dosyć spontanicznie. Jak się później okazało - był to bardzo dobry wybór.

Myśląc o Smokonie ciężko uniknąć mi porównań z kwietniowym Pyrkonem - nawet biorąc pod uwagę diametralnie różną skalę obu tych wydarzeń. Takie też było moje pierwsze odczucie po wkroczeniu na teren Arteteki - chociaż wspaniale wspominam poznański konwent, od razu pomyślałam, że luźna atmosfera, brak kolejek i tłumów to bardzo miła odmiana od tłoku i ogromu Pyrkonu.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Pyrkon 2016

W końcu, po jakichś pięciu latach wybierania się i słomianego zapału udało mi się spełnić jedno z popkulturowych marzeń - wybrałam się na konwent - i to nie byle jaki. Drugi kwietniowy weekend spędziłam bowiem w Poznaniu na Pyrkonie - imprezie, która swoim rozmachem oraz ilością uczestników zahacza już - zgodnie z pełną nazwą wydarzenia - o spory festiwal pełen wszelkiego rodzaju atrakcji.



niedziela, 12 stycznia 2014

Niedokończone (o)powieści

Od kilku miesięcy trwam w stanie zagrożenia życia.
Po przeprowadzce do akademika nad moją głową niebezpiecznie wisi... półka z książkami. Kraków jest niesamowitym miejscem dla poszukiwaczy książkowych skarbów, jednak dom studencki to miejsce zdecydowanie kiepsko przystosowane do magazynowania opasłych tomów, których, ze względu na brak czasu na przeczytanie, nie sposób wywieźć do rodzinnego domu. W dodatku lekko przepełniona półka wisi centralnie nad moją głową w czasie snu. Niepokoją mnie też dosyć nieprzyjemne doniesienia o przypadku zawalenia się szafki kilka pokoi dalej...

wtorek, 17 grudnia 2013

Gdzie ja się podziałam?

Jak widać, na blogu od kilku miesięcy głucha cisza. Niekoniecznie ze względu na to, że o nim zapomniałam, a raczej dlatego że mój czas jest kradziony przez studia.
Moje czytelnicze tempo spadło drastycznie, od czasu ostatniego wrześniowego posta udało mi się przeczytać zaledwie kilka książek. Jeśli chodzi o moje nabytki tolkienowskie - przybyło ich kilka, ale brak mi zarówno aparatu, który został w domu rodzinnym, jak i czasu na regularne raporty.


wtorek, 17 września 2013

Krakowski pasażer na gapę

Autor: Lin Carter
Tytuł: Tolkien: Świat "Władcy Pierścieni"
Przekład: Agnieszka Sylwanowicz
Wydawnictwo: ISKRY, Warszawa, 2003
Z wyprawy do Krakowa, dosyć niespodziewanie przywiozłam ze sobą małego pasażera. Choć po nieznanych mi krakowskich uliczkach pędziłam w niemałym pośpiechu, co jakiś czas gubiąc drogę, znalazłam, a właściwie ukradłam trochę czasu, aby zaglądnąć do małego antykwariatu, na który natknęłam się przy ulicy Jabłonowskich. A kiedy już się tam zapodziałam, umykałam w pośpiechu, nie uniknąwszy jednak niespodziewanego ataku na mój portfel, którego efektem jest obecność w mojej biblioteczce, między innymi, takiej oto książeczki.

wtorek, 10 września 2013

"Gra Endera" Orsona Scotta Carda

Autor: Orson Scott Card
Tytuł: Gra Endera
Przełożył: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Warszawa 1996
7/10
Podejrzewam, że dla osoby, która nigdy nie miała do czynienia z fantastyką naukową, „pierwszy kontakt” ma wielkie szanse być tym nieudanym. Jeśli potencjalny czytelnik sięgnie po powieść zbyt ciężką, mocno naukową, przesyconą ciężkostrawnymi terminami, a w dodatku śmiertelnie poważną – niezależnie od wartości utworu może sparzyć się i zniechęcić do tego podgatunku fantastyki.

Pomimo tego że „Gra Endera” moim pierwszym spotkaniem ze science fiction nie jest (choć jednym z pierwszych już owszem), to myślę że śmiało na taki mogła by się nadawać.

Ender Wiggin to sześcioletni, niezwykle utalentowany chłopiec o ilorazie inteligencji znacznie przekraczający ten przeciętnie spotykany u innych ludzi. W obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa zagrażającego Ziemi, zostaje wytypowany do szkolenia mającego przygotować go na dowództwo w starciu z Robalami – nieobliczalnymi stworzeniami z Kosmosu, które uprzednio dwukrotnie dokonały inwazji na Planetę Ludzi.

Na początku lektury niektórych wymagających czytelników irytować może „syndrom genialnego dziecka”, jaki łatwo zdiagnozować u Endera – niemal każdy pomysł, na jaki chłopiec wpadnie, jest tym trafnym, każda strategia, jaką stosuje – skuteczną, a każda gra – zwyciężoną. Jednak po jakimś czasie można zorientować się, że prawdziwe problemy, na które napotyka niespełna dziesięcioletnie dziecko, to te zupełnie odmiennej natury. Łatwo bowiem wyobrazić sobie, że genialny sześcio- czy siedmiolatek całkowicie oderwany od rodziny, przyjaciół, a przede wszystkim zwyczajnego, ziemskiego środowiska – nawet odnosząc pasmo sukcesów życiu szkolnym – nie prowadzi życia które stanowiło by dla niego apogeum szczęścia.

Powieść wydaje się być stworzoną dla tych, których nudzą rozwlekłe opisy i leniwie tocząca się akcja. Zanim bowiem zorientujemy się, że w powieści minął dzień lub nawet tydzień, okazuje się, że nasz bohater zdobył już kilkumiesięczne doświadczenie w Szkole Bojowej, a niedługo później Valentinę, siostra Endera, obchodzi na Ziemi jego kolejne urodziny. Mamy więc do czynienia z autorem nie lubiącym lania wody i skupiania się na nieistotnych sytuacjach i szczegółach. Razem z kilkuletnim chłopcem pędzimy przez szkolenie w, nomen omen, kosmicznym tempie.

Podobnie jest z językiem utworu – nie nastręcza on czytelnikowi żadnych trudności, pozwala na swobodne brnięcie przez kartki w każdej niemal sytuacji – sama pierwsze 100 stron „Gry...” pokonałam z przyjemnością podczas dwu-trzygodzinnej podróży busem.


Taka jest więc to książka – lekka, nieskomplikowana, niepozbawiona jednak pewnej powagi i refleksji. Smaczkiem może być fakt, że była ona pisana w latach 80, kiedy mapa Europy wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj - oprócz wizji przyszłości mamy więc też wyobrażenie tego, jak świat mógłby wyglądać, gdyby nie przemiany przełomu lat 80 i 90. A choć mam wrażenie, że przeczytawszy ją kilka lat wcześniej, w wieku nastoletnim, mogłabym czerpać z niej nieco więcej rozrywki, to nawet teraz świetnie nadaje się na sprawiającą dużo przyjemności lekturę.