![]() |
| Autor: Lin Carter Tytuł: Tolkien: Świat "Władcy Pierścieni" Przekład: Agnieszka Sylwanowicz Wydawnictwo: ISKRY, Warszawa, 2003 |
wtorek, 17 września 2013
Krakowski pasażer na gapę
wtorek, 10 września 2013
"Gra Endera" Orsona Scotta Carda
| Autor: Orson Scott Card Tytuł: Gra Endera Przełożył: Piotr W. Cholewa Wydawnictwo: Prószyński i S-ka Warszawa 1996 7/10 |
Podejrzewam, że dla osoby, która nigdy nie miała do
czynienia z fantastyką naukową, „pierwszy kontakt” ma wielkie szanse być tym
nieudanym. Jeśli potencjalny czytelnik sięgnie po powieść zbyt ciężką, mocno
naukową, przesyconą ciężkostrawnymi terminami, a w dodatku śmiertelnie poważną
– niezależnie od wartości utworu może sparzyć się i zniechęcić do tego
podgatunku fantastyki.
Pomimo tego że „Gra Endera” moim pierwszym spotkaniem ze
science fiction nie jest (choć jednym z pierwszych już owszem), to myślę że
śmiało na taki mogła by się nadawać.
Ender Wiggin to sześcioletni, niezwykle utalentowany
chłopiec o ilorazie inteligencji znacznie przekraczający ten przeciętnie
spotykany u innych ludzi. W obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa
zagrażającego Ziemi, zostaje wytypowany do szkolenia mającego przygotować go na
dowództwo w starciu z Robalami – nieobliczalnymi stworzeniami z Kosmosu, które
uprzednio dwukrotnie dokonały inwazji na Planetę Ludzi.
Na początku lektury niektórych wymagających czytelników
irytować może „syndrom genialnego dziecka”, jaki łatwo zdiagnozować u Endera – niemal
każdy pomysł, na jaki chłopiec wpadnie, jest tym trafnym, każda strategia, jaką
stosuje – skuteczną, a każda gra – zwyciężoną. Jednak po jakimś czasie można
zorientować się, że prawdziwe problemy, na które napotyka niespełna
dziesięcioletnie dziecko, to te zupełnie odmiennej natury. Łatwo bowiem
wyobrazić sobie, że genialny sześcio- czy siedmiolatek całkowicie oderwany od
rodziny, przyjaciół, a przede wszystkim zwyczajnego, ziemskiego środowiska –
nawet odnosząc pasmo sukcesów życiu szkolnym – nie prowadzi życia które
stanowiło by dla niego apogeum szczęścia.
Powieść wydaje się być stworzoną dla tych, których nudzą
rozwlekłe opisy i leniwie tocząca się akcja. Zanim bowiem zorientujemy się, że
w powieści minął dzień lub nawet tydzień, okazuje się, że nasz bohater zdobył
już kilkumiesięczne doświadczenie w Szkole Bojowej, a niedługo później
Valentinę, siostra Endera, obchodzi na Ziemi jego kolejne urodziny. Mamy więc
do czynienia z autorem nie lubiącym lania wody i skupiania się na nieistotnych
sytuacjach i szczegółach. Razem z kilkuletnim chłopcem pędzimy przez szkolenie
w, nomen omen, kosmicznym tempie.
Podobnie jest z językiem utworu – nie nastręcza on czytelnikowi
żadnych trudności, pozwala na swobodne brnięcie przez kartki w każdej niemal
sytuacji – sama pierwsze 100 stron „Gry...” pokonałam z przyjemnością podczas dwu-trzygodzinnej
podróży busem.
Taka jest więc to książka – lekka, nieskomplikowana,
niepozbawiona jednak pewnej powagi i refleksji. Smaczkiem może być fakt, że
była ona pisana w latach 80, kiedy mapa Europy wyglądała zupełnie inaczej niż
dzisiaj - oprócz wizji przyszłości mamy więc też wyobrażenie tego, jak świat
mógłby wyglądać, gdyby nie przemiany przełomu lat 80 i 90. A choć mam wrażenie,
że przeczytawszy ją kilka lat wcześniej, w wieku nastoletnim, mogłabym czerpać
z niej nieco więcej rozrywki, to nawet teraz świetnie nadaje się na sprawiającą
dużo przyjemności lekturę.
poniedziałek, 9 września 2013
Hobbit jak malowany
![]() |
| Autorzy: Wayne G. Hammond i Christina Scull Tytuł: "Hobbit" w malarstwie i grafice J.R.R. Tolkiena Tłumaczenie: Ryszard "Galadhorn" Derdziński Wydawnictwo: Amber Data wydania: 2012 |
Jakiś czas temu w moje spragnione łapki została dostarczona duża i ciężka paczka. Jej rozmiary były dla mnie dość zaskakujące, gdyż, sądząc po podanej ilości stron, spodziewałam się że album o którym mowa jest nieco mniejszy. Jeszcze bardziej rozdziawiłam usta, kiedy zobaczyłam, że znajoma mi z pierwszego wydania okładka jest tak naprawdę etui kryjącym nieco inny rysunek.Album "Hobbit w malarstwie i grafice J.R.R. Tolkiena" był czymś, czego brakowało mi podczas lektury pewnych fragmentów "Listów", kiedy to musiałam zatrzymywać się co parę zdań, aby wyszukać w goglach obrazek, o którym mowa w korespondencji Tolkiena z wydawcą. Wcześniej nie posiadałam żadnej książki zawierającej autorskie ilustracje Profesora, co sprawiło, że zauroczona kolorowymi rysunkami, które co raz migały mi w czeluściach Internetu, postanowiłam je wydrukować i uzupełnić nimi jednego z moich "Hobbitów" - akurat padło na czerwone wydanie z Iskier - oczywiście bez użycia kleju czy tym podobnego bluźnierstwa, a po prostu wkładając je w odpowiednich miejscach pomiędzy kartki. Co prawda efekt nie był powalający - moja drukarka nie pozwoliła cieszyć mi się w pełni ślicznymi kolorami oryginałów, jednak zawsze było to więcej niż nic. Ale teraz mogę zachwycać swoje oczy pięknymi, wielkimi reprodukcjami, wedle zapewnień wydawców skopiowanymi tak, by możliwie jak najwierniej oddawały wygląd prawdziwych rysunków Mistrza.
środa, 21 sierpnia 2013
Z całkiem innej beczki - "Cień Wiatru" Carlosa Ruiza Zafona
![]() |
| Autor: Carlos Ruiz Zafón Tytuł: Cień wiatru Wydawnictwo: MUZA Tłumaczenie: Beata Fabjańska-Potapczuk, Carlos Marrodan Casas Data wydania: 2005 |
Kiedy ktoś mówi o książce, że była "piękna" lub
"magiczna" - zazwyczaj znaczy to tyle co nic.
W tym przypadku jednak są to pierwsze słowa, jakie cisną mi
się na usta, a co więcej, słowa oddające klimat powieści niemal idealnie. Nawet
po przemyśleniu jak płytko i banalnie brzmią - nie jestem w stanie zmienić
zdania, że to właśnie ich powinnam użyć do opisania „Cienia wiatru” Carlosa
Ruiza Zafona. Mając na względzie to, że określenia nie mówią właściwie nic,
powinnam chyba jakoś usprawiedliwić swój wybór – co więc jest w tej powieści
tak „pięknego” czy „magicznego”?
Odpowiedź jest prosta – Barcelona. Miasto stanowiące tło dla
rozgrywającej się historii, choć nie zawsze idylliczne, nawet pomimo powojennej
atmosfery czaruje czytelnika, zmieniając w jego oczach swoje wady w zalety. Na
kartach powieści najciemniejsze, najbrudniejsze zaułki, zamiast odpychać
sprawiają wrażenie miejsc posiadających własne tajemnice, zapraszających do ich
odgadnięcia. Wrażenie to potęguje się, kiedy spojrzymy na okraszające tekst fotografie
znanego hiszpańskiego artysty Francesco Catala-Roki. Pomimo iż niezwiązane
bezpośrednio z akcją powieści, pozwalają jeszcze mocniej wczuć się, a nawet
„wsiąknąć” w realia utworu.
Można by powiedzieć, że zaczynam opisywanie książki od końca
– zamiast opowiedzieć o bohaterach, zabieram się do tła powieści. Moim zdaniem
jednak nie jest to błąd, gdyż dla mnie sedno utworu stanowiły nie postacie, nie
wydarzenia, ale sceneria, w jakiej zostały one umieszczone. Jak to określił mój
dziadek – „Czytałem tę książkę nie dla akcji, ale po to, żeby przypomnieć sobie
te kilka dni w Barcelonie”.
Mimo wszystko powinnam jednak powiedzieć parę słów o tych,
bez których (mimo wszystko) powieści by nie było.
Głównym bohaterem utworu jest Daniel Sempere – na początku dziesięcioletni,
pod koniec powieści nieco starszy syn księgarza, właściciela antykwariatu
„Sempere i synowie”. Osierocony przez matkę chłopak zostaje pewnego dnia
zaprowadzony przez ojca do magi... przepraszam, znów to słowo pcha mi się pod
palce. A więc, Daniel zostaje zaprowadzony do tajemniczego miejsca, zwanego
Cmentarzem Zapomnianych Książek, gdzie natrafia na powieść, która niedługo na
zawsze ma odmienić jego życie... Zaczyna się baśniowo, lecz z biegiem stron tak
pięknie już nie jest. Oczywiście, jeśli przyjąć tę wersję, że w baśniach
wszystko jest tak proste i kolorowe... Młody chłopak rozpoczyna wieloletnią
wędrówkę ulicami Barcelony, która staje się zarówno pościgiem jak i ucieczką.
Co więcej, Daniel, oprócz miłości, śmierci, tragedii ludzkich, zapomnianych
historii opowiadanych w ciemnościach, spotyka... postać która uciekła z kart
ukochanej przez niego powieści.
Oprócz Daniela i jego ojca w powieści natknąć możemy się na
całą gamę różnobarwnych postaci, z których warto wspomnieć mojego ulubionego
Fermina – człowieka orkiestrę, postać z przeszłością, która pomimo nie odstępującego
jej nigdy cienia dawnej tragedii, co kilkanaście stron rozbawiała mnie do łez.
Kiedy przebrniemy już przez „piękne” i „magiczne” istnieje
jeszcze cała gama innych, do bólu wytartych przymiotników (takich jak
"smutne", "wzruszające"), o których można by wspomnieć,
lecz przywołanie ich mogłoby wywołać niezwłoczne mdłości i utratę
zainteresowania czytelnika.
Jednym z nich, trochę mniej pochlebnym, będzie słówko
"przewidywalna". Tak - zakończenie poszczególnych wątków "Cienia
wiatru", pomimo tego, że historia sama w sobie jest fascynująca i w jakiś
sposób pociągająca, nie jest czymś szczególnie trudnym do odgadnięcia. Lecz,
nawet mając świadomość takiego stanu rzeczy od mniej więcej jednej trzeciej
lektury - w utworze zagłębiałam się z niczym niezmąconą przyjemnością.
Historia, choć niezbyt zaskakująca, porwała mnie na równi z klimatem miasta, który
sprawił, że zaczęłam marzyć o chociaż krótkiej przechadzce ulicami tego miasta.
Co takiego ukrył więc autor pomiędzy uliczkami powojennej
Barcelony, że powieść tak bardzo przyciąga i kradnie serce czytelnika od
pierwszych stron? Jeśli nie jest to oryginalna i nie przewidywalna fabuła - to
co? Na to pytanie odpowiedziałam już na początku. Klimat miasta, który jest –
tak, piękny i magiczny.
wtorek, 20 sierpnia 2013
Powrót z Bestią na półce
Wracam po dość długiej przerwie, zaburzając tym samym chronologiczną kolejność prezentowanych skarbów.
Bodziec do podjęcia prowadzenia bloga na nowo jest niemały, ma bowiem dość znaczne rozmiary (i wagę). Zastukał dzisiaj do moich drzwi razem z panem kurierem dosyć niespodziewanie, ponieważ spodziewałam się raczej listonosza o poranku.
W posiadanie "Bestiariusza" weszłam bardzo szczęśliwie, bo trzymając już kursor na przycisku zamówienia na stronie wydawnictwa (http://www.sklep.zysk.com.pl/bestiariusz-tolkienowski.html), postanowiłam jeszcze raz zerknąć z ciekawości na Allegro. Jako że jest to książka dosyć poszukiwana przez Tolkienistów (na stronie Zysku wyprzedawane są ostatnie, podniszczone egzemplarze), nie spodziewałam się niczego, a jeśli już to aukcji z niekonkurencyjną ceną. Niesamowicie zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam mój upragniony bestiariusz za całe... 9 złotych.
Mój egzemplarz posiada co prawda małe defekty, takie jak drobne podniszczenia obwoluty i okładki, jednak w środku zdaje się być nietknięty. A oglądać co jest właśnie wewnątrz.
Każda strona "Bestiariusza Tolkienowskiego" prezentuje się pięknie, rzadko kiedy uświadczymy taką, która nie zawiera żadnych ilustracji.
Czy to szkice roślin, czy to postacie, stworzenia, krajobrazy, mapy, przy każdym czarno-białym rysunku warto zatrzymać się chociaż na moment, nawet jeśli nie każdy z nich zachwyca lub przypada do gustu. Ponadto na środkowych stronach znajdujemy 36 kolorowych ilustracji różnego autorstwa. Ta różnorodność pozwala na poznanie Ardy oczami wielu różnych artystów, z których każdy posiada własny styl, technikę, oraz, co najważniejsze - własną wyobraźnię.
Już sama okładka (i obwoluta) zapowiada, że możemy mieć do czynienia z dosyć niekonwencjonalnym podejściem do tematyki tolkienowskiej. Zaprezentowanego smoka ciężko nazwać "zwyczajnym". Podobnie jak tego:
Bardzo przypadli mi do gustu Czarni Jeźdźcy na, z jednaj strony, dość konwencjonalnym, z innej zupełnie "nietolkienowym", rysunku.
Jeśli chodzi o treść poszczególnych haseł - są one ułożone alfabetycznie, nie tematycznie. Na razie przebrnęłam dopiero przez literę "A", ale nie sądzę, żeby była to lektura do "czytania", lecz raczej do dawkowania w małych ilościach, od czasu do czasu. Na razie jednak nie mogę oprzeć się urokowi ilustracji i pochłaniam je wzrokiem razem z tekstem.
Oprócz samych haseł z wyjaśnieniami możemy znaleźć tu też tablice chronologiczne oraz drzewa genealogiczne elfów i ludzi.
"Bestiariusz tolkienowski" to niewątpliwie jeden z piękniejszych skarbów znajdujących się w moim posiadaniu. Teraz muszę tylko... znaleźć jakieś honorowe miejsce, bo na specjalnej tolkienowej półce już się nie zmieści. Jest to już drugi taki przypadek, a o pierwszej przyczynie braku metrażu napiszę pewnie kolejnym razem:)
Bodziec do podjęcia prowadzenia bloga na nowo jest niemały, ma bowiem dość znaczne rozmiary (i wagę). Zastukał dzisiaj do moich drzwi razem z panem kurierem dosyć niespodziewanie, ponieważ spodziewałam się raczej listonosza o poranku.
Zysk i S-ka, Poznań 2001
Tłumaczenie - Renata Giedrojć, Joanna Kokot, Jakub Zdzisław Lichański
Ilustracje - Ian Miller, Michael Foreman, Allan Curless, Lidia Postma, John Blanche, Pauline Martin, Sue Porter, Linda Garland, Jaroslav Bradac, Victor Ambrus, John Davis
Mój egzemplarz posiada co prawda małe defekty, takie jak drobne podniszczenia obwoluty i okładki, jednak w środku zdaje się być nietknięty. A oglądać co jest właśnie wewnątrz.
![]() |
| Mapa Alana Curlessa |
Każda strona "Bestiariusza Tolkienowskiego" prezentuje się pięknie, rzadko kiedy uświadczymy taką, która nie zawiera żadnych ilustracji.
![]() |
| Dwójka sympatycznych hobbitów autorstwa Lidii Postmy |
Czy to szkice roślin, czy to postacie, stworzenia, krajobrazy, mapy, przy każdym czarno-białym rysunku warto zatrzymać się chociaż na moment, nawet jeśli nie każdy z nich zachwyca lub przypada do gustu. Ponadto na środkowych stronach znajdujemy 36 kolorowych ilustracji różnego autorstwa. Ta różnorodność pozwala na poznanie Ardy oczami wielu różnych artystów, z których każdy posiada własny styl, technikę, oraz, co najważniejsze - własną wyobraźnię.
![]() |
| Kawałek Menegroth (Linda Garland) |
Już sama okładka (i obwoluta) zapowiada, że możemy mieć do czynienia z dosyć niekonwencjonalnym podejściem do tematyki tolkienowskiej. Zaprezentowanego smoka ciężko nazwać "zwyczajnym". Podobnie jak tego:
![]() |
| John Davis |
Bardzo przypadli mi do gustu Czarni Jeźdźcy na, z jednaj strony, dość konwencjonalnym, z innej zupełnie "nietolkienowym", rysunku.
![]() |
| Allan Curless |
Jeśli chodzi o treść poszczególnych haseł - są one ułożone alfabetycznie, nie tematycznie. Na razie przebrnęłam dopiero przez literę "A", ale nie sądzę, żeby była to lektura do "czytania", lecz raczej do dawkowania w małych ilościach, od czasu do czasu. Na razie jednak nie mogę oprzeć się urokowi ilustracji i pochłaniam je wzrokiem razem z tekstem.
![]() |
| Upadek Numenoru oczami Johna Blanche |
Oprócz samych haseł z wyjaśnieniami możemy znaleźć tu też tablice chronologiczne oraz drzewa genealogiczne elfów i ludzi.
"Bestiariusz tolkienowski" to niewątpliwie jeden z piękniejszych skarbów znajdujących się w moim posiadaniu. Teraz muszę tylko... znaleźć jakieś honorowe miejsce, bo na specjalnej tolkienowej półce już się nie zmieści. Jest to już drugi taki przypadek, a o pierwszej przyczynie braku metrażu napiszę pewnie kolejnym razem:)
piątek, 19 lipca 2013
Z innej bajki
Dzisiaj kolejny skarb z tych, które czekały na swój czas wiele lat, zakurzone gdzieś na półkach u dziadka. Nawet po tym, kiedy już dostałam "Silmarillion" w swoje ręce, musiał on przeleżeć jeszcze trochę na moim regale. Bo choć próbowałam - zdecydowanie nie była to lektura dla dziesięciolatki.
Czytelnik, Warszawa 1985,
Tłumaczenie - Maria Skibniewska
Ilustracja na obwolucie i wyklejki - Stasys Eidrigevičius
Już na pierwszy rzut oka książka prezentuje się dość osobliwie. Czym jest obiekt przedstawiony na obwolucie - można zgadywać. Ale w jaki sposób pasuje on do treści - to już bardziej karkołomne zadanie. Jedynym, co przychodzi mi do głowy jest koncepcja, że to Elwinga, która, według legendy, zamieniona w ptaka, podarowała jeden z Silmarili swemu mężowi - Eärendilowi.
Podobnie sprawa ma się z wyklejkami. Choć według mnie są one niezwykle klimatyczne i piękne - ich powiązanie z treścią utworu stanowi dla mnie zagadkę.
Zainteresowana rysunkami, postanowiłam odszukać ich autora.
Jednak mam wrażenie, że podobne ilustracje kojarzę jeszcze z jakiegoś innego źródła. Podejrzewam, że dawno temu musiałam oglądać/czytać jakąś książkę ilustrowaną przez tego Pana.
Pod tym linkiem można odnaleźć niektóre z prac autora. Jego charakterystyczny styl - tajemniczy i niepokojący - całkowicie mnie urzeka.
A teraz, z pozdrowieniami dla Róży_Bzowej - zastanawiam się, jak mogłaby wyglądać "Alicja w Krainie Czarów" w jego interpretacji?
Na koniec, wracając do samej książki, zamieszczam zdjęcie tego, jak wygląda golutka, bez obwoluty. Widoczna karta to dołączone drzewa genealogiczne.
środa, 17 lipca 2013
Miłość do... cegłówki i coś niecoś na temat tłumaczenia
Po hobbicie przyszła kolej na majaczącą w oddali cegiełkę. Kupił ją mój dziadek niedługo po tym, jak zainteresował mnie filmem. Padło na to wydanie prawdopodobnie dlatego, że było bardzo tanie - jednotomowe, w małym formacie, na kiepskim papierze. Najpierw przeczytał ją mój tata, a potem, kiedy przedarłam się przez "Hobbita" - ja.
W środku nie jest lepiej. O ile wielkość czcionki nie przeszkadzała mi jakoś specjalnie, to już wypadające strony - jak najbardziej. Kartki są cieniutkie, podatne na rozdarcie. Ale co dziwne - po ponad dziesięciu latach i wielokrotnym użytkowaniu, grzbiet złamany jest tylko w jednym miejscu;) Za to okładka - nie jest w najlepszym stanie. Pozaginana, w niektórych miejscach wygląda, jak gdyby chciała udać się w podróż do Mordoru. Dlatego teraz "Władcę Pierściani" trzymam w folii.
Mimo wszystkich swoich wad, całej nieporęczności i brzydoty - to wydanie pozostanie pewnie na zawsze tym, do którego mam największy sentyment.
Miałam szczęście/pecha, że akurat ten "Władca" (którego czytałam jako pierwszego), został przetłumaczony przez Jerzego Łozińskiego. Wtedy, w wieku lat około dziewięciu, nie miałam pojęcia, kim są ani Maria Skibniewska, ani Jerzy Łoziński. Co prawda zastanawiało mnie, dlaczego znany mi z filmowej adaptacji Obieżyświat nagle stał się Łazikiem, jednak szybko przyzwyczaiłam się do tego stanu rzeczy. Udało mi się to także dzięki temu, że nie był to oryginalny przekład pana Łozińskiego - usunięto wszystkie krzaty i Bagosze, zamieniając je na pierwotnych krasnoludów i Bagginsów.
W trakcie czytania jednak zdarzyło się tak, że wyjechałam na wakacje bez książki, która została w domu pod kluczem. Załamana poleciłam cioci, która po jakimś czasie miała do nas dojechać, by wypożyczyła mi z biblioteki inny egzemplarz i niezwłocznie dowiozła w moje łapki. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Łazik na powrót stał się Obieżyswiatem... Ale zmieniło się coś jeszcze. Nie wiem co, ale książka stała mi się w jakiś sposób obca, pisana jakby innym stylem, w jakiś sposób "chłodniejsza", mniej "swojska". Przyzwyczajona do mojej łoziny nie mogłam się pozbyć jakiegoś dziwnego wrażenia, czytając muzowe wydanie w przekładzie Skibniewskiej.
Kiedy po niedługim czasie dowiedziałam się, że istnieje kilku tłumaczy "Władcy Pierścieni" a jeden z nich to "bluźnierca" wpadłam w panikę. "Jak to, przecież to moja książka jest tłumaczona przez tego Pana na Ł..!" Załamałam się, stwierdziłam, że zostałam skażona przez Łozińskiego i niezwłocznie muszę kupić JEDYNE SŁUSZNE tłumaczenie Skibniewskiej.
Teraz niesamowicie śmieję się ze swojej głupoty w tamtym czasie. Ależ podatnym na wpływy i opinie, głupim dzieckiem byłam! Dzisiaj bardzo cieszę się, że przeczytałam Łozińskiego. Nie jestem uprzedzona, a czasami wręcz bardziej pasują mi styl i pomysły Tłumacza. Podziwiam za odwagę, a choć skłaniam się raczej ku oryginalnym nazwom, nie egzorcyzmuję jego inwencji i nowych rozwiązań. A "Świszczowy Wierch" pozostanie dla mnie na zawsze "Świszczowym Wierchem", a nie jakimś tam "Wichrowym Czubem"!
Jednak wiem, że w moim dziecięcym uprzedzeniu nie jestem samotna. Goszcząc w Internecie od lat bardzo wielu, zauważyłam, że to jest dość częsta tendencja - nie czytałem, nie mam pojęcia, ale Skibniewska jest ŚWIĘTOŚCIĄ, a Łozinę zapraszamy na makulaturę. Wielu, którzy krytykują tłumacza, książki z jego "udziałem" nie widziało na oczy. Niektórzy czytelnicy są niesamowicie podatni na zdanie innych ludzi. Oczywiście nie mówię tu o tych, którzy czytali obydwa tłumaczenia, a nawet więcej niż tylko dwa. Wtedy wyrażenie opinii podpartej konstruktywną krytyką jest jak najbardziej na miejscu, bardzo cenię sobie takie wypowiedzi. Jednak argumentacja "bo tak" albo "bo Skibniewska" konstruktywną NIE jest.
Wydawnictwo - Zysk i S-ka
Rok - 2001
Tłumaczenie - Jerzy Łoziński (zmienione)
Przekład wierszy - Marek Gumkowski
Nie jest to rzecz piękna. A przy tym - w przeciwieństwie to poprzedniego iskrowego "Hobbita" - całkowicie pozbawiona uroku. Na okładce widzimy Gandalfa przed wrotami Morii w filmowym kadrze. Ujęcie ni to ładne, ni to o jakimś specjalnym znaczeniu, kiepsko wykadrowane. Do tego złocone napisy i runy. Na grzbiecie także filmowy Gandalf. Z wyglądu zewnętrznego książki możemy zatem stwierdzić, że jest to książka o czarodzieju:)
W środku nie jest lepiej. O ile wielkość czcionki nie przeszkadzała mi jakoś specjalnie, to już wypadające strony - jak najbardziej. Kartki są cieniutkie, podatne na rozdarcie. Ale co dziwne - po ponad dziesięciu latach i wielokrotnym użytkowaniu, grzbiet złamany jest tylko w jednym miejscu;) Za to okładka - nie jest w najlepszym stanie. Pozaginana, w niektórych miejscach wygląda, jak gdyby chciała udać się w podróż do Mordoru. Dlatego teraz "Władcę Pierściani" trzymam w folii.
Mimo wszystkich swoich wad, całej nieporęczności i brzydoty - to wydanie pozostanie pewnie na zawsze tym, do którego mam największy sentyment.
Miałam szczęście/pecha, że akurat ten "Władca" (którego czytałam jako pierwszego), został przetłumaczony przez Jerzego Łozińskiego. Wtedy, w wieku lat około dziewięciu, nie miałam pojęcia, kim są ani Maria Skibniewska, ani Jerzy Łoziński. Co prawda zastanawiało mnie, dlaczego znany mi z filmowej adaptacji Obieżyświat nagle stał się Łazikiem, jednak szybko przyzwyczaiłam się do tego stanu rzeczy. Udało mi się to także dzięki temu, że nie był to oryginalny przekład pana Łozińskiego - usunięto wszystkie krzaty i Bagosze, zamieniając je na pierwotnych krasnoludów i Bagginsów.
W trakcie czytania jednak zdarzyło się tak, że wyjechałam na wakacje bez książki, która została w domu pod kluczem. Załamana poleciłam cioci, która po jakimś czasie miała do nas dojechać, by wypożyczyła mi z biblioteki inny egzemplarz i niezwłocznie dowiozła w moje łapki. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Łazik na powrót stał się Obieżyswiatem... Ale zmieniło się coś jeszcze. Nie wiem co, ale książka stała mi się w jakiś sposób obca, pisana jakby innym stylem, w jakiś sposób "chłodniejsza", mniej "swojska". Przyzwyczajona do mojej łoziny nie mogłam się pozbyć jakiegoś dziwnego wrażenia, czytając muzowe wydanie w przekładzie Skibniewskiej.
Kiedy po niedługim czasie dowiedziałam się, że istnieje kilku tłumaczy "Władcy Pierścieni" a jeden z nich to "bluźnierca" wpadłam w panikę. "Jak to, przecież to moja książka jest tłumaczona przez tego Pana na Ł..!" Załamałam się, stwierdziłam, że zostałam skażona przez Łozińskiego i niezwłocznie muszę kupić JEDYNE SŁUSZNE tłumaczenie Skibniewskiej.
Teraz niesamowicie śmieję się ze swojej głupoty w tamtym czasie. Ależ podatnym na wpływy i opinie, głupim dzieckiem byłam! Dzisiaj bardzo cieszę się, że przeczytałam Łozińskiego. Nie jestem uprzedzona, a czasami wręcz bardziej pasują mi styl i pomysły Tłumacza. Podziwiam za odwagę, a choć skłaniam się raczej ku oryginalnym nazwom, nie egzorcyzmuję jego inwencji i nowych rozwiązań. A "Świszczowy Wierch" pozostanie dla mnie na zawsze "Świszczowym Wierchem", a nie jakimś tam "Wichrowym Czubem"!
Jednak wiem, że w moim dziecięcym uprzedzeniu nie jestem samotna. Goszcząc w Internecie od lat bardzo wielu, zauważyłam, że to jest dość częsta tendencja - nie czytałem, nie mam pojęcia, ale Skibniewska jest ŚWIĘTOŚCIĄ, a Łozinę zapraszamy na makulaturę. Wielu, którzy krytykują tłumacza, książki z jego "udziałem" nie widziało na oczy. Niektórzy czytelnicy są niesamowicie podatni na zdanie innych ludzi. Oczywiście nie mówię tu o tych, którzy czytali obydwa tłumaczenia, a nawet więcej niż tylko dwa. Wtedy wyrażenie opinii podpartej konstruktywną krytyką jest jak najbardziej na miejscu, bardzo cenię sobie takie wypowiedzi. Jednak argumentacja "bo tak" albo "bo Skibniewska" konstruktywną NIE jest.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















